Może to dlatego że w końcu mamy konkretny plan (in vitro tu w UK w listopadzie)
Może dlatego, że chwilowo mam dosyć ciągłych testów (na ostatniej wizycie pobrano ode mnie 12 probówek krwi! Czułam sie jak niehonorowy krwiodawca), wizyt w szpitalu, ściągania majtek przed każdą napotkaną osobą w białym kitlu (niedługo mi się pomyli i rozbiorę się przed aptekarzem!), monitorowania cyklu, sikania na rozmaite testy i stresu.
Może dlatego, że w końcu całkowicie pozbyłam się pohormonalnej depresji.
Moze dlatego że po kilku tygodniach deszczu i zimna w końcu wyszło słońce.
Może dlatego, że mój foto biznes zaczyna się powolutku kręcić. Zrobiłam już jedną płatną sesję a w kalendarzy mam następne dwie. Plus zamówione trzy super kursy fotografii (plus super puste konto w banku po tych fotograficznych zakupach!).
Nie wiem dlaczego, ale ostatnio jakoś zeszło ze mnie ciśnienie i już nie myslę przede wszystkim o dziecku. Zrobiliśmy co można było zrobić i teraz co ma być to będzie.
Brzmi to trochę jak zaburzenia dwubiegunowe ale ostatnio czuję się tak jakoś zwyczajnie szczęśliwa. Chce mi się wstawać rano. Mam energię na zajmowanie się fotografią, na planowanie rozwoju mojej małej firmy i cieszenie się nią. Nagle zauważyłam, jak pięknie kwitną i pachną drzewa na naszej ulicy. Fakt, nie mam dziecka (a bardzo chciałabym mieć) ale mam za to mnóstwo innych fajnych rzeczy w życiu. I w najbliższym czasie będę się nimi cieszyć.
A poniżej dwa zdjęcia z mojej ostatniej sesji. Co o nich sądzicie? (Konstruktywna krytyka jak najbardziej pożądana!)


